Wydawać by się mogło, że w czasach wszechobecnej chmury, pracy na współdzielonych dokumentach i zaawansowanych systemów obiegu dokumentów, pendrive już dawno przeszedł do lamusa. W praktyce urzędowo-biurowej okazuje się, że nośniki USB trzymają się mocno i są powszechnie wykorzystywane w codziennej pracy.
Co zrobiłbyś, gdybyś z dnia na dzień stracił dostęp do skrzynki e-mail, dysku w chmurze i archiwum zdjęć? Bez ostrzeżenia i bez szans na kontakt z człowiekiem po drugiej stronie. Odzyskiwanie takiego konta - o ile w ogóle się uda - to w najlepszym razie tygodnie stresu i straconego czasu. Dochodzi do tego świadomość, że komercyjni dostawcy stale skanują nasze prywatne pliki. Rozwiązaniem tego problemu jest własna chmura. Ja postanowiłem uniezależnić się od technologicznych gigantów i uruchomiłem własną instancję Nextclouda.
Słoneczna pogoda zdecydowanie nie zachęca do nauki. Jednak polskie lato cechuje się tym, że słońca mamy jak na lekarstwo. Dodatkowo dzieciaki nie miały akurat zajęć pozalekcyjnych (więc rola domowego taksówkarza została chwilowo zawieszona), a moja motywacja do ćwiczeń poszła na urlop 😉 — znalazłem więc przestrzeń na ukończenie kursu Google Cybersecurity Professional Certificate.
W poprzednim artykule krok po kroku przeszliśmy przez proces instalacji i wstępnej konfiguracji Uptime Kuma na własnym serwerze VPS. Sam panel i czytelne wykresy statusu usług to jednak dopiero połowa sukcesu. Kluczem do sprawnego reagowania na awarie jest natychmiastowe otrzymywanie informacji, gdy coś zaczyna szwankować.
Współczesne aplikacje i serwisy internetowe wymagają ciągłej uwagi. Nawet najkrótsza przerwa w ich działaniu może oznaczać utratę czytelników, klientów lub po prostu nadszarpnięte zaufanie. Chociaż na rynku istnieje wiele gotowych platform do monitorowania statusu usług, to jednak większość z nich to prawdziwe kobyły. Do wielu zastosowań będą one nadmiarowe i warto pomyśleć o prostszym rozwiązaniu.
W poprzednim wpisie przeprowadziliśmy pierwszy atak na SSH z Kali Linux na jedną z maszyn w sieci, dokonaliśmy analizy śladów w logach oraz wdrożyliśmy Fail2ban jako jeden z możliwych sposobów obrony przed intruzami. Tym razem pójdziemy krok dalej i zobaczymy, jak kilkoma klasycznymi narzędziami Linuksa można szybko wyłowić adresy IP, które próbują się włamać przez SSH.
W ostatnim wpisie podałem przykład homelabu do nauki cyberbezpieczeństwa dla początkujących. Po skonfigurowaniu środowiska z maszynami wirtualnymi przechodzimy do praktyki. Na początek zrobimy coś prostego — przeprowadzimy atak na SSH z Kali Linux na jedną z maszyn w sieci, dokonamy analizy śladów w logach oraz wdrożymy Fail2ban jako jeden z możliwych sposobów obrony przed intruzami.
Planujesz zostać specjalistą od cyberbezpieczeństwa? A może chcesz iść w kierunku SysAdmin lub DevOps? Niezależnie od wybranej ścieżki, nie obejdzie się bez praktycznych umiejętności. Teoria jest ważna, ale czytanie o atakach, logach czy monitoringu bezpieczeństwa to jedno, a samodzielne postawienie, zabezpieczenie i utrzymanie systemów – to zupełnie inna historia. Rozwiązaniem jest domowy homelab.
Pomimo wyboru jak najmniej awaryjnych rozwiązań zdarza się, że któraś z moich stron WWW przestanie działać. Ostatnio taka sytuacja miała miejsce dwa tygodnie temu, kiedy awaria Cloudflare wywaliła w kosmos dużą część internetu, w tym moją stronę. O ile to moja prywatna strona, to świat się nie zawali. Ale w przypadku stron służbowych chciałbym wiedzieć, że coś nie gra. Stąd potrzeba wdrożenia systemu monitoringu.
Początkowo mój homelab opierał się o Raspberry Pi. Z czasem zastąpił go minipc z Proxmoxem, a malinka poszła w kont. Ostatnio wpadłem na pomysł, żeby ją odkurzyć i zrobić z niej urządzenie do zbierania danych z otoczenia. Zacząłem więc od prostego eksperymentu: podłączyłem czujnik BME280, który potrafi mierzyć temperaturę, wilgotność i ciśnienie.